MIĘDZY STACJAMI - o domu, który noszę w sobie
- Dorota G.
- 10 kwi 2025
- 4 minut(y) czytania
Dziś chciałabym podzielić się z Wami rozmyśleniami, które pojawiły się niedawno, podczas podróży pociągiem. Dotyczyły czegoś bardzo ogólnego, a jednocześnie intymnego – domu. Ci z Was, którzy mnie znają, wiedzą, że od ponad dwudziestu lat nie mieszkam w Polsce. Moje dorosłe, dojrzałe życie toczy się w Berlinie. Tutaj założyłam rodzinę, tutaj rozwijałam się zawodowo.
I wtedy, w pociągu – jak lubię to nazywać: w podróży międzykrajowej – z pięknym słońcem za oknem, przyszła do mnie fala wspomnień. Lubię jeździć pociągami. Uwielbiam ten rodzaj podróży. Ale przypomniało mi się, jak to było kiedyś – na początku. Jak takie przejazdy mnie męczyły. Jak szukałam siebie, czasem wręcz na siłę.
Miałam wtedy 26, może 28 lat. Wydawało mi się, że wiem, kim jestem. Miałam swój system wartości, cele, zakładałam rodzinę – wszystko, co „powinno” świadczyć o tożsamości. A jednak nie zdawałam sobie sprawy, jak głęboko migracja potrafi dotknąć człowieka. Uświadomiłam to sobie dopiero kilka lat temu, ale to może temat na inną rozmowę.
Wracając do tamtych pierwszych lat – pamiętam, jak rozrywał mnie każdy powrót z Polski. Po dłuższym pobycie tam czułam się jak przecięta na pół. Pragnęłam mieć jedną, spójną siebie. Wiecie, co mam na myśli? To rozdarcie pomiędzy „tam” a „tu” potrafiło przytłoczyć.
I dopiero z czasem zrozumiałam, że to jest okej. Że to proces. Że tego nie uczą w szkole, że książki mogą co najwyżej dotknąć tematu, ale prawdziwa lekcja dzieje się w ciele, w emocjach, w codzienności.
I że każda emocja – smutek, tęsknota, płacz – ma prawo się pojawić. A następnego dnia możesz obudzić się z myślą: hej, o co mi chodziło wczoraj? Bo emocje są naturalnym elementem procesu odnajdywania siebie na nowo.
Zmiana miejsca zamieszkania, nawet jeśli to tylko niecałe 200 kilometrów, to zmiana wewnętrzna. To konfrontacja z nieznanym, z nowym „ja” w nowym świecie. Dla mnie takim punktem zwrotnym były też narodziny dzieci. Moje pierwsze dziecko przyszło na świat zaledwie rok po przeprowadzce z Polski. To był niezwykły czas – piękny, ale intensywny. Pełen zmian.
I tak, wtedy chciałam być silna, niezależna, twardo stąpać po ziemi. Trochę taka Zosia Samosia. Ale w środku był lęk. Ogromny strach przed tym, że zgubię siebie. Że ta część mnie, która znała tylko życie w Polsce, gdzieś zniknie. Oczywiście wtedy się do tego nie przyznawałam. Wypierałam to. Dziś już wiem, że wystarczyłoby dać sobie przestrzeń. Zapytać siebie: o co mi tak naprawdę chodzi? Pozwolić sobie poczuć ten lęk.
Dziś wiem, że przyznanie się do strachu nie odbiera siły. Wręcz przeciwnie – to akt odwagi.
I dlatego o tym mówię. Bo każdy z nas, w różnych momentach życia, przechodzi przez okresy przemiany. Transformacji. Zmiany pracy, zakończenia relacji, wyprowadzki, decyzji o własnej działalności – każda taka zmiana wytrąca nas z równowagi. I to jest naturalne.
Zmiana często odbiera nam iluzję kontroli. A jeśli wcześniejsze doświadczenia związane ze zmianą były trudne, może pojawić się paraliżująca obawa, że znów sobie nie poradzimy. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest dać sobie przestrzeń. Nie udawać, nie wypierać, tylko być z tym, co jest.
Zmiany przypominają nowy ciuch. Czasem zakładamy coś i od razu pasuje. A czasem musimy się oswoić, przyzwyczaić, odnaleźć w tym nowym czymś. Tak samo jest z życiem. Potrzebujemy czasu, by poznać siebie na nowo. W nowym miejscu, w nowej sytuacji. Najważniejsze to mieć ten wewnętrzny fundament. Tę zgodę na siebie. Tę czułość wobec siebie.
I wiecie co? My nie jesteśmy betonowym słupem. Zmieniamy się nieustannie – pod wpływem zewnętrznych okoliczności, ale też przez to, co dzieje się w naszym wnętrzu. I z perspektywy czasu mogę powiedzieć: każda zmiana, nawet ta, która wydawała mi się katastrofą, była potrzebna. Każda coś mi dała. Każda mnie z czegoś odarła i czymś ubogaciła. I za każdą jestem wdzięczna.
Na początku wspominałam o domu. I choć dom to także konkretne miejsce, dziś chciałabym zostawić Was z inną myślą. Dla mnie dom to przede wszystkim stan. To przestrzeń wewnętrznej harmonii. To miejsce, gdzie mogę być sobą – bez masek, bez udawania. Gdzie jestem w zgodzie ze sobą.
I tak długo, jak czuję się ze sobą dobrze, jak jestem sobie wierna – jestem w domu. Niezależnie od tego, gdzie fizycznie się znajduję.
To właśnie to poczucie wewnętrznego domu daje mi siłę do podejmowania zmian. Nawet tych trudnych, niepewnych. Gdybym nie odważyła się zrobić kroku w nieznane, nie byłoby mnie tutaj – nie pisałabym do Was tych słów. Nadal nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi. Ale wiem, że to, co odkrywam po drodze – o sobie, o świecie, o życiu – jest warte każdego kroku.
I chyba właśnie na tym polega sens – nie na tym, żeby wszystko wiedzieć z góry. Ale żeby iść. Żeby próbować. Żeby eksperymentować ze sobą i ze swoim życiem. Odkrywać to, co nowe, ale też przypominać sobie to, co dawno temu było prawdziwe. I to właśnie jest piękne.
A jak jest u Was? Zachęcam Was do podzielenia się Waszymi doświadczeniami z emigracją. To jest gruby temat, ale jest bardzo ciekawy i warty uwagi. Jak przechodziłeś lub przechodziłaś ten proces, albo może jak go przechodzisz?
A jakie macie doświadczenie ze zmianami ogólnie, tymi, które już zaistniały w Waszym życiu? Może takie zmiany, na które nie mieliście wpływu, a może takie zmiany, których sami świadomie dokonaliście, bo stwierdziliście, że chcecie coś zmienić? Może właśnie jesteście w trakcie takiej zmiany, podobnie jak ja? Zapraszam Was bardzo serdecznie, opowiedzcie o sobie, podzielcie się Waszymi emocjami i odczuciami. Życzę Wam wspaniałych doświadczeń w każdej Waszej podróży i przesyłam...
Serdeczności
D☀️


Komentarze